Ewentualnie półwytrawne

Gospodarze proponują wino. A jakie macie? – dopytuję. – Czerwone, półsłodkie, bardzo dobre. – A białe? – z nadzieją w głosie. – Tak, też jest. – Jakie? – napięcie rośnie. – Też półsłodkie. – napięcie opada. – Ewentualnie półwytrawne. – spadło.
.

– O jakie wino pyta w sklepie z winami statystyczny Polak najczęściej? – O półsłodkie. Ewentualnie półwytrawne.

– Jakiego wina statystyczny Polak nie lubi? – Kwaśnego.

– Co odpowiada statystyczny Polak spytany czy interesuje się winem? – Ja to się na winie nie znam.

– W jakiej cenie statystyczny Polak kupuje butelkę wina? – 10-15 zł.

– Ile statystyczny Polak nalewa wina do kieliszka? – Do pełna.

Dodajmy jeszcze, że statystyczny rodak tak naprawdę wina nie pija. Dlaczego? Bo się nie opłaca. Za 1 butelkę wina może mieć 10 piw, albo półlitrówkę. Tyle radości nie da żadne wino, choćby było najbardziej półsłodkie, ewentualnie półwytrawne.

Skąd te dane? Od importerów winnego napoju. Rozgoryczonych i na statystycznego obywatela obrażonych.

Właśnie dowiedziałem się, że nasi biznesmeni winem handlujący uważają, że ich ziomale po prostu wina nie lubią!

Jakież to musi być osobliwe uczucie sprowadzać z najdalszych zakątków Ziemi i sprzedawać ludziom dobro, którego oni NIE LUBIĄ…!?

Rzecz jasna, nie można tak mówić o każdym importerze, tylko o statystycznym. Ponieważ statystyczny winny importer wie, że statystyczny Polak nie ma pieniędzy, więc statystyczny Polak wina nie kupuje. Jak już, to byle jakie za byle jakie pieniądze.

Statystyczny importer kupuje od producenta wino za 3 euro, a sprzedaje w kraju nad Wisłą za 50 złotych. A gdyż nie bardzo sprzedaje się towar w sklepie, dostarcza je restauratorowi. Ten umieszcza rzeczone w menu jako „czerwone francuskie”, cena 120 zł. Po czym potwierdza, że u nas wina „nie idą”. Przez dwa miesiące „poszło” jedno. Ale czemu tu się dziwić, było kwaśne. Klienci pytają przecież raczej o półsłodkie, ewentualnie półwytrawne. A tak w ogóle, poza tym – nie ma tradycji.

Znajomy Francuz będąc w Polsce zamówił w restauracji wino do obiadu, kiedy dowiedział się ile musi za nie zapłacić, postanowił przerzucić się od tego czasu na piwo.

Klienci nie piją wina, bo za drogie, a sprzedający podnoszą ceny, bo klienci nie piją wina. Błędne koło…

Nie wierzę, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, że nie można nic wymyślić, by coś na lepsze zmienić. Jeśli nie ma tradycji, to może by ją stworzyć, zamiast narzekać i załamywać ręce? Zatem może jakiś wytrawny pomysł? No, ewentualnie półwytrawny…?

1 Komentarz
  1. Pomysł jest jeden. Trzeba przerzucić się na wino owocowe, z owoców krajowych. Dobrze zrobione wino ,tzw. markowe niczym nie ustępuje trunkom z winogron. Ja bardzo lubię wino zarówno gronowe jak i owocowe. Tylko gronowe lubię pić w miejscu gdzie się je wytwarza bo jakoś po tym „imporcie” do kraju często nie smakują już tak dobrze. Generalnie nie widzę w tym nic złego, że jedni lubią wino wytrawne a inni półsłodkie. Dodawanie całej tej filozofii do bądź co bądź sfermentowanego soku to po prostu snobizm i próżność. Ludzie w PL nie piją wina bo się boją, że zrobią coś nie tak, może podadzą w złej temperaturze, albo w złym kieliszku, który będą źle trzymać. Dlaczego się tak napinamy? nie dziwię się, że Kowalski woli sięgnąć po piwo, które nie stawia mu tyle wymagań. Więcej luzu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll Up